Do napisania tego artykułu skłoniły mnie dwa komentarze, które pojawiły się w ostatnich miesiącach na blogu. Jeden archiwalny, jeden z wczoraj – być może wygenerowany przez bota:
![Autorstwo w czasach AI. Całkiem ludzkie rozważania [ESEJ] Autorstwo w czasach AI. Całkiem ludzkie rozważania [ESEJ]](https://podrez.pl/wp-content/uploads/2026/05/Zrzut-ekranu-2026-05-18-o-15.29.50.png)
Ten komentarz nie jest dla mnie problemem samym w sobie. Jest symptomem większej zmiany, którą obserwuję: zaczynamy oceniać autorstwo po powierzchni tekstu, nie po odpowiedzialności za myśl.
Z ciekawości przepuściłam omawiany artykuł przez kilka detektorów AI. Wynik: 95% likely human, 5% AI-generated. Czy można temu ufać? Nie, detektory to materiał na osobny wpis.
Analiza wykazała jednak to, co buduję świadomie od lat: zróżnicowaną długość zdań, pytania retoryczne, osobisty głos, krótkie zdania zamykające sekcje. Do tego dochodzi uporządkowana struktura, której jestem miłośniczką od czasów, gdy siedziałam i ręcznie pisałam HTML. I tak, pechowo w kontekście tego komentarza, AI też to „lubi”.
To jednak nie koniec dyskusji. Bo pytanie o autorstwo w czasach AI trudno zamknąć w zerojedynkowej odpowiedzi. I ja również takiej nie mam. A szukam jej od dobrych 2 lat.
Dlaczego tak mnie rusza kwestia autorstwa w czasach AI?
Można powiedzieć, że mam w sobie dwa wilki. Jeden jest analityczny, SEOwy, od siedemnastu lat zanurzony w algorytmach, kodzie, dokumentacji. Ten wilk jest podekscytowany, bo widzi co LLMy zmieniają w wyszukiwaniu, w produkcji treści czy sposobie, w jaki maszyny przetwarzają wiedzę o ludziach i markach. AI to narzędzie, które otwiera możliwości, o jakich pięć lat temu nawet nie marzyłam.
Drugi wilk jest bardziej… autorski. Twórczy. I to on nie daje mi spokoju od dwóch lat. Napisałam sześć książek i cztery z nich powstały przed erą LLMów. To były teksty pisane ręcznie, częściowo z kartką, bez żadnego modelu językowego w tle. I to on mnie pcha w rozważania:
Gdzie kończy się autorstwo, a zaczyna ghostwriting AI?
Ostatnie dwie moje książki powstawały inaczej. Z AI w procesie researchu i korekt. Blog, który teraz czytasz, też tak powstaje. Mam więc porównanie, którego spora część komentujących temat nie ma. Znam oba tryby z własnego doświadczenia. I to napięcie między moją ekscytacją a wątpliwością jest dokładnie tym, o czym chcę dziś napisać.
Jak od środka wygląda eksperckie pisanie z AI?
Większość ludzi wyobraża sobie pisanie z AI tak: prompt, gotowy tekst, publikacja.Trzy kliknięcia i artykuł gotowy, nie? Ale gdy w grę wchodzą teksty eksperckie to… tak to nie wygląda. Przynajmniej nie u mnie. I u żadnego z ekspertów, którego znam i szanuję.
Prowadzę ewidencję czasu poświęconego na przygotowanie książek i materiałów.
Ile ten czas się skrócił? W przypadku książek o 20-30%. W przypadku artykułów do 40% .
(nie liczę tu czasu poświęconego na to, by LLM znał mój głos, moje podejście i poglądy na różne tematy – „karmienie” modelu też trwało).
To spore usprawnienie, ale czy tego spodziewasz się myśląc lub pisząc „ten artykuł na pewno powstał z AI„?
Co się nie zmieniło?
W czasach AI (btw. strach dziś używać sformułowania „w czasach”, tak samo jak krótkich zdań czy pauz w tekście) to nadal ja decyduję, o czym piszę.
To ja stawiam tezę.
To ja wybieram, jaki argument postawić, a jaki odrzucić.
To ja myślę nad strukturą.
To ja mówię „to nie moje” i przepisuję ponownie zredagowany fragment, bo brzmi dobrze, ale… nie brzmi jak ja.
To ja czytam gotowy tekst trzeci, czwarty, dziesiąty raz (moje artykuły mają ok. 20 wersji poprawek w WordPress jeszcze przed publikacją i często kilka po publikacji).
To ja poprawiam zdania, które mi „nie brzmią”, nie mają rytmu.
I to ja biorę odpowiedzialność za to, co publikuję pod swoim nazwiskiem.
Co się zmieniło?
Research, który kiedyś zajmował mi nawet i kilkanaście godzin przeszukiwania PDF-ów i dokumentacji, teraz zajmuje godzinę, bo wiem czego szukam. Inaczej jest, gdy temat znam mniej dogłębnie, jak w przypadku Common Crawl (na dziś to artykuł, nad którym na tym blogu siedziałam najdłużej, konsultując się też z zaprzyjaźnionymi specjalistami).
Struktura artykułu, która kiedyś zajmowała liczne kartki A4 z bazgrołami, teraz powstaje w „dialogu” z LLMem. A potem zaczynam właściwą pracę: piszę, wycinam, przepisuję, zmieniam kierunek, dodaję to, czego brakuje, usuwam to, co brzmi generycznie.
Każdy artykuł, który trafia na tę stronę, to przynajmniej kilka godzin mojej pracy. Nie kilka godzin generowania treści. Kilka godzin pisania, czytania, poprawiania, weryfikowania źródeł, podejmowania decyzji redakcyjnych i pisania fragmentów ponownie od zera, bo te z modelu nie oddają tego, co chcę powiedzieć.
Czy mogłabym proces przeprowadzić w krótszym czasie? Na pewno. Część poprawek to czysty perfekcjonizm. Ale piszę pod swoim nazwiskiem i mam wewnętrzny „barometr jakości„.
Czy to oznacza, że piszę „sama„? Nie w tradycyjnym rozumieniu tego słowa.
Czy to oznacza, że pisze za mnie LLM? Też nie.
Jestem gdzieś pomiędzy. I podejrzewam, że jest w tym miejscu coraz więcej ludzi, którzy starają się pracować uczciwie i jednocześnie efektywnie. Tylko mało kto o tym mówi, bo… strach się wychylać.
Próg startowy, który zna każdy, kto go ma
Jest jeszcze jedna rzecz, o której chcę powiedzieć delikatnie, ale szczerze. LLM wpływa na paraliż decyzyjny (nie tylko) w ADHD. Pomaga zrobić to, co najtrudniejsze: zacząć.
Dla osób, które ADHD nie mają, to brzmi jak modna etykietka. Dla tych, które znają temat to codzienność: wiesz dokładnie, co chcesz napisać, masz pomysł, masz strukturę w głowie, a mimo to… nie ruszasz. Albo ruszasz z dużym opóźnieniem i presją. Nie dlatego, że nie umiesz czy nie masz nic do powiedzenia. Po prostu próg startowy jest dla Ciebie wysoki. I nie należy tego traktować jak wymówki, bardziej kontekst roli narzędzia podczas pisania przez osoby nierzadko bardzo twórcze.
Narzędzie, które obniża próg wejścia, sprawia, że łatwiej zacząć pracę. Wiele tekstów, które teraz istnieją na tym blogu, nie istniałoby beze mnie. Ale pewnie też nie istniałyby bez narzędzia, które każdego dnia pomaga mi ruszyć temat, na który wcześniej nie miałabym psychicznych zasobów.
Gdzie jest granica? Pytania, na które nie mam gotowych odpowiedzi
Na każdej z moich książek widnieje nazwisko korektorki i redaktora prowadzącego. Tekst przed wydaniem przechodzi przez kilka par dłoni, zanim trafi do druku. A mimo to nikt nigdy nie zakwestionował mojego autorstwa tych książek. Nikt nie napisał „treść pisana przez redaktora, ale słabo„.
A teraz to samo pytanie z podmianą jednego elementu: jeśli model językowy robi to, co wcześniej robił ludzki asystent badawczy, czyli przeszukuje źródła, wyciąga cytaty, przygotowuje draft sekcji to… dlaczego autorstwo nagle staje się wątpliwe?
I to nie jest pytanie wyłącznie retoryczne! Nie skłamię pisząc, że towarzyszy mi prawie każdego dnia. Mam ich więcej:
Kiedy tekst jest Twój, a kiedy nie?
Czy „Twój” znaczy „napisany ręcznie, bez niczyjej pomocy„? A może „Twój” znaczy „stoi za nim Twoje myślenie, Twoje decyzje, Twoje doświadczenie„?
Jeśli kryterium braku pomocy jest wiążące to autorami sporej części książek na świecie nie są ludzie, których nazwiska widnieją na okładce. Podobnie na blogach firmowych autorami nie są ludzie, którzy są pod tekstami podpisani. Redaktorzy, tłumacze, korektorzy – pisanie od dawna jest procesem zespołowym. A już nie wspominam nawet o ghostwriterach, to osobna kategoria. Oczywiście ludzka odpowiedzialność redaktora jest większa, a kompetencje i doświadczenie nie do zastąpienia, ale nie da się ukryć, że w jakiś sposób AI… dołączyło do tego zespołu.
Czy redakcja z LLM-em sprawia, że tekst nie jest Twój?
Jeśli poprawiam styl tekstu z korektorem, nikt nie kwestionuje mojego autorstwa. Jeśli poprawiam styl tekstu z modelem językowym, nagle tekst jest „pisany przez AI„. Gdzie dokładnie przebiega ta granica?
Czy poprawki stylistyczne z LLM-em są mniej „autorskie” niż z ludzkim redaktorem?
Dostaję propozycję nowego sformułowania, które „nie brzmi”. Poprawiam je – odrzucam propozycję, piszę na nowo lub akceptuję, bo to dokładnie to, co chciałam powiedzieć, tylko nie znalazłam lepszych słów. To robię z propozycjami moich redaktorów w procesie wydawniczym i nikt nie uważa, że to oni są autorami moich książek. Gdy podobną rzecz robię z AI… jaka jest rola narzędzia?
Czy używanie LLM-a do formatowania, stylowania CSS, generowania SVG sprawia, że tekst nie jest autorski?
Gdy pracuję nad książką niejednokrotnie korzystam z pomocy grafika czy sama wchodzę do Canvy. Co zmienia zaangażowanie AI?
Czy tekst, który nie powstałby bez narzędzia, jest mniej „mój”?
To już bardzo szczere pytanie. I szczera odpowiedź: część moich artykułów prawdopodobnie by nie powstała. Gdybym musiała każdy research robić ręcznie, każdą strukturę budować od zera, każdy draft pisać od pierwszego zdania. Czasem przez paraliż decyzyjny, a czasem przez to, że czas i energia mają limity, u każdego.
Czy tekst, który by nie powstał bez rozmowy z mądrą osobą, nie należy do mnie? Nikt tego nie powie. A jedną z różnic między tą mądrą osobą a modelem językowym jest taka, że model jest dostępny o trzeciej nad ranem, kiedy akurat mam wenę. Nie porównuję tego wprost – wolę porozmawiać z żywym, mądrym człowiekiem i często to robię, bardziej… pokazuję analogię.
Nie twierdzę, że znam odpowiedź na wszystkie te pytania. Nie pokuszę się o analizy prawne, to nie moja rola i nie moje kompetencje. Ponadto prawo nie nadąża za rozwojem technologicznym, zobaczymy jak to zmieni artykuł 50 AI Act. Teoretycznie więc mogłabym i podpisać się pod AI Slopem (na moment wpisania wpisu). Ale etycznie, jakościowo, w rozumieniu trust halo… już nie.
Uważam jednak, że sam fakt postawienia tych pytań zmienia sposób, w jaki myślimy o autorstwie. I prowadzi nas do ciekawych rozważań. Bo dotychczasowy podział „napisał sam” vs „napisał za niego ktoś inny” jest zbyt prosty by opisać to, co się teraz dzieje.
Research – osobna warstwa pracy z tekstem
W dyskusji o „pisaniu z AI” jedna kwestia bywa pomijana: research. Kiedy ktoś mówi „tekst napisany przez AI„, wyobraża sobie:
prompt → gotowy artykuł → publikacja
A pomija godziny pracy, które dzielą pytanie od odpowiedzi.
Piszę o RAG i mechanizmach wyszukiwania generatywnego. Piszę o patentach Google’a. Piszę o encjach marki osobistej i kompozycji tekstu pod cytowanie przez LLM-y. I żaden z tych tematów nie wyskakuje z promptu jak królik z kapelusza. W teorii mógłby, w praktyce bez researchu nie spełniłby moich wskaźników jakościowych i nie obyłby się bez halucynacji modelu.
Za każdym artykułem i postawionym wnioskiem stoi decyzja: sprawdź ten patent, a nie tamten. Sprawdź, co mówi dokumentacja schema.org w sekcji o sameAs. Zestawię ten cytat z SQRG z tym, co Google opublikowało w maju. Teraz porównaj to z tym, co mówiła Liz Reid na I/O. Nie, z tym się nie zgadzam, uważam z doświadczenia tak i tak.
To jest praca ekspercka. Muszę wiedzieć, czego szukać, gdzie szukać i czego nie szukać, bo to ślepa uliczka. Narzędzie AI skraca czas dotarcia do źródła. Ale nie zastępuje kilkunastu lat czytania dokumentacji, analizowania algorytmów i uczenia się, co jest sygnałem, a co… bzdurą.
Narzędzie ma dostęp do tekstu. Ekspert ma dostęp do wagi każdego sygnału. Ta różnica nie znika w momencie, kiedy ekspert zaczyna używać narzędzia. Moim zdaniem wręcz przeciwnie: wtedy staje się najbardziej widoczna.
Kafejki internetowe i stare modemy, czyli jak udajemy, że rewolucji nie ma
Pamiętam czasy kafejek internetowych. Tak, chodziłam do nich z koleżankami ze szkoły, kiedy internet w domu był jeszcze luksusem. Zasłonę milczenia spuszczę na odwiedzane wówczas czaty Interii.
Pamiętam dźwięk starego modemu, wrył się w moją pamięć powiązany z ekscytacją, że zaraz będę miała dostęp do internetu i odpalę Gadu Gadu. Jeśli zrobiło się nostalgicznie, to proszę, posłuchaj sobie.
Pamiętam ludzi, którzy mówili, że internet to moda i że „prawdziwa praca” odbywa się w świecie fizycznym. Że wirtualna rzeczywistość nigdy nie zastąpi spotkania twarzą w twarz. Tu byłam teoretycznie jeszcze trochę za młoda, by mieć na ten temat własną, jednoznaczną opinię. Choć znając mnie już miałam, po prostu jej nie pamiętam.
Część tych ludzi miała rację co do szczegółów. Ale okazało się, że nie mieli racji co do kierunku.
Tak jak nie można było udawać, że nie ma internetu, tak nie można udawać, że nie ma AI. Można oczywiście próbować, ale za kilka lat świat to zweryfikuje i dyskusja będzie pewnie wyglądać zupełnie inaczej. Nie wiem jak, mogę jedynie przypuszczać.
Można AI ignorować z pozycji „prawdziwi eksperci piszą sami„, co brzmi z założenia szlachetnie.
Przynajmniej dopóki nie sprawdzisz, ile z tego, co czytasz codziennie, przeszło przez jakiś model językowy na którymś etapie produkcji. Albo nie zaczniesz się zastanawiać, ile z napisanego przez Ciebie tekstu jest inspiracją, którą nawet nieświadomie pozyskujesz z innych źródeł (ludzi, przeczytanych tekstów, tu nie chodzi już nawet o LLMy).
Nikt nie kwestionuje audytu SEO zrobionego na podstawie danych ze Screaming Froga, Ahrefsa, Sitebulba. Nikt nie pyta, czy analiza widoczności jest „Twoja”, skoro dane zebrało za Ciebie Search Console czy Senuto. Bo w tych kontekstach rozumiemy intuicyjnie, że narzędzie to narzędzie, a wartość leży w interpretacji wyników, nie w zbieraniu danych.
Dlaczego z pisaniem miałoby być inaczej?
Ale i tu jest drugie „ale”: ignorancja działa w obie strony. Bezmyślne wklejanie tego, co model wygenerował, to nie jest pisanie.
Prompt → tekst → publikacja bez jednej zmiany – to nie jest ekspercka praca z narzędziem. To jest outsourcing myślenia do maszyny, która… nie myśli, a przewiduje prawdopodobieństwo. I tak powstają tysiące generycznych AI slopów.
Rozwiązanie nie leży w skrajności. Nie leży w polaryzacji pomiędzy „używanie AI to oszustwo” a „AI pisze za mnie, a ja tylko publikuję„. Leży pośrodku: w świadomym korzystaniu z narzędzia przez kogoś, kto wie, czego szuka, potrafi ocenić, co dostaje i potrafi powiedzieć „to nie moje”. Tak jak w latach 90 rozwiązanie nie leżało w „internet to bzdura” ani w „wrzucam wszystko do online’u bez namysłu”.
Nie udawajmy, że AI nie istnieje. Ale nie udawajmy też, że zastępuje myślenie…
Nie mam dla Ciebie odpowiedzi. Mam za to pytania
Napisałam sześć książek. Cztery bez AI, dwie z AI w procesie analiz i redakcji. Prowadzę blogi od lat. Prowadzę agencję. Mam siedemnaście lat praktyki w branży, która zmienia się szybciej niż zdążę opisać poprzednią zmianę.
I choć bardzo bym chciała to nie mam czystej odpowiedzi na pytanie „czy pisanie z AI jest uczciwe?”.
Mam za to praktykę i porównanie. Mam pytania, które stawiam sobie (a teraz publicznie) dlatego, że uważam, że to jest uczciwe wobec czytelników. Wobec ludzi, którzy mnie czytają, cytują, uczą się z moich tekstów.
Piszę z AI. Piszę też bez AI – czasem mam wenę i po prostu siadam i piszę. Ale częściej piszę efektywnie, z narzędziem, które skraca mi drogę od myśli do tekstu. Nie wymyśla za mnie, ale sprawia, że rzeczy, które zostałyby wyłącznie w mojej głowie (bo doba ma dwadzieścia cztery godziny, a ja nie mam asystenta badawczego), trafiają tu na stronę.
Ludzie, którzy mają czyste odpowiedzi na temat autorstwa w erze AI, często nie siedzą w temacie wystarczająco głęboko. Ci, którzy mówią „to oszustwo” często nie mają porównania pracy bez AI i z AI w procesie twórczym. Ci, którzy mówią „to nie ma znaczenia” często nie stawiają sobie pytań, które powinni.
Sama jestem gdzieś pomiędzy. I myślę, że to miejsce pozwalające na dialog.
Trzy pytania, które warto sobie zadać – niezależnie od odpowiedzi
1. Gdybyś usunął/usunęła narzędzie z procesu — czy myśl stojąca za tekstem nadal byłaby Twoja?
2. Czy potrafisz powiedzieć „to nie moje” i wyrzucić fragment, który model wygenerował – nawet jeśli brzmi dobrze?
3. Czy Twoi czytelnicy tracą na tym, że piszesz z AI, czy zyskują na tym, że piszesz więcej, szybciej i z lepszym researchem?
Nie musisz mieć wszystkich odpowiedzi. Ale sam fakt, że zadajesz pytania, moim zdaniem odróżnia Cię od wielu ludzi po obu stronach tego sporu.
Z tą myślą Cię zostawiam, lecąc przygotować dwa szkolenia, projekt nowej strony firmowej i szykując się do premiery książki Marka osobista w czasach AI i generatywnego wyszukiwania. I na 2-3 tygodnie znikając z bloga, bo AI jeszcze nie sprawiło, że doba magicznie się wydłużyła.
P.S. Ten tekst powstał z udziałem Claude’a. W procesie budowania struktury w moim pomyśle, w procesie redakcji literówek i błędów stylistycznych, w procesie stylowania ramek. Wyjątkowo nie brał udziału w researchu – tu po prostu nie był potrzebny.

![Marka osobista w czasach AI i generatywnego wyszukiwania [PREMIERA KSIĄŻKI] Marka osobista w czasach AI i generatywnego wyszukiwania [PREMIERA KSIĄŻKI]](https://podrez.pl/wp-content/uploads/2026/06/marwcz-344x194.jpg)
![Przewodnik Google po generatywnej AI w wyszukiwarce. Najciekawsze jest to, czego w nim nie ma [ANALIZA] Przewodnik Google po generatywnej AI w wyszukiwarce. Najciekawsze jest to, czego w nim nie ma [ANALIZA]](https://podrez.pl/wp-content/uploads/2026/05/przewodnik-google-344x194.jpg)
![Co blokuje Knowledge Panel? O konflikcie z Google Business Profile [CASE STUDY] Co blokuje Knowledge Panel? O konflikcie z Google Business Profile [CASE STUDY]](https://podrez.pl/wp-content/uploads/2026/05/gbp-knowledge-panel-344x194.jpg)


